br. Andrzej Zając OFMConv.
Doświadczenie wiary u Franciszka
Wydaje się, że jednym z poważniejszych problemów naszego życia jest
pokusa oczywistości. Zbyt wiele rzeczy spowszedniało, stało się oczywistością
- czymś, co się dzieje, bo takie właśnie są mechanizmy fizyki, biologii,
psychologii, socjologii. Dzieje się tak, bo tak dziać się musi, i
koniec. A przecież nic dziać się nie musi. Świat jest tajemnicą. To
zatracenie sensu tajemnicy, a co za tym idzie, także chęci wejścia
w nią, świadomego bycia jej częścią, odpowiednio ukierunkowuje nasze
myślenie. A może nie chodzi tu tyle o ukierunkowanie, co o ograniczenie.
Jak więc się myśli dzisiaj? Każdy człowiek, który uległ pokusie oczywistości,
myśli zazwyczaj mniej więcej tak: Jest, jak jest, więc po co zastanawiać
się nad tym? Lepiej od razu przystąpić do działania, by nie zaprzepaścić
więcej niż to, co już przepadło. Po co tracić czas?!... Dziś raczej
patrzy się na efekty, skutki, owoce. To, co jest fundamentalne i konieczne,
wydaje się naturalne i oczywiste, tak oczywiste, że się o tym raczej
nie mówi, aż w końcu się zapomina.
Może bardziej konkretnie. Oto człowiek, który oglądając piękne filmy
przyrodnicze o głębinach morskich zapragnął nagle sam wyruszyć na
pobliskie jezioro, aby tam obserwować życie na jego dnie. Aby nie
tracić czasu, od razu przystąpił do realizacji marzenia. Zaczął więcej
pracować, przy tym oszczędzał, aby jak najszybciej zgromadzić pieniądze
potrzebne na zakup łodzi motorowej i całego ekwipunku. I tak się stało.
Po roku czasu był już gotowy do wyprawy. Nastał wreszcie piękny upragniony
dzień. Wypłynął na jezioro. Wskoczył do wody. I utopił się. Zapomniał,
że nie umiał pływać.
Ta historia może czasami przypominać i nasze życie, nasze życie z
Bogiem... Po co tracić czas? Dobrze by jednak było, abyśmy ten czas
stracili, byśmy może nawet stracili coś jeszcze, po to by odzyskać
wszystko. Chciałbym więc, aby nasze spotkanie ze św. Franciszkiem
pomogło nam spojrzeć na to, co najbardziej oczywiste. Najczęściej,
nawiązując do Franciszka, podkreśla się jego ubóstwo, umiłowanie stworzeń,
radość. Wydaje mi się jednak, że są to tylko owoce, wyrazy, ekspresje
tego, co było zasadnicze i pierwotne w jego - tak bardzo zachwycającym
- życiu. Dlatego konieczne jest w moim przeświadczeniu (opartym na
osobistym poznaniu Franciszka oraz na osobistym doświadczeniu Boga
na drodze franciszkańskiej) zacząć od problemu wiary, bez którego
niemożliwe jest zobaczenie prawdy o Franciszku, mężu Bożym, który
może nauczyć nas prostoty Ewangelii oraz pomóc nam odnowić naszą jedność
z Panem naszym - Jezusem.
Wiara nie jest problemem intelektu, ale życia. Aby wierzyć, aby być
chrześcijaninem, aby czuć się w pełni dzieckiem Boga, nie wystarczy
przekonanie, że Bóg jest. Przecież każdy, kto posiada zdolność logicznego
rozumowania, wie, albo przyjmuje istnienie Boga, Absolutu, Pierwszej
Przyczyny. Nie chodzi więc o zwykłe przekonanie, o wiedzę czy pewność.
Przecież i złe duchy wiedzą, że Bóg jest; co więcej, wiedzą, kim jest
sam Jezus, wierzą i drżą - jak mówi Biblia. Ale nie są przecież chrześcijanami!
Nie o taką wiarę chodzi: wiedzieć dość o Bogu i robić swoje. To nie
jest wiara.
Spójrzmy na Franciszka. On nie skończył seminarium. Uczęszczał jedynie
do szkółki parafialnej przy kościele św. Jerzego. Nauczył się trochę
łaciny, trochę rachunków, nauczył się stawiać koślawe litery, pacierza
i zalęknionego patrzenia na wielkiego Boga. Cóż więc biedak wiedział
o Bogu - prawdziwym, żyjącym, kochającym? Jaka była jego wiara?
Chodził do kościoła, tak jak my wszyscy. Nie róbmy z niego łajdaka!
Pochodził w końcu z dobrej rodziny - chrześcijańskiej, katolickiej
(zresztą wtedy trudno było o inne). Chodził do kościoła, rzucał grosze
do skarbony, dawał coś żebrakom, i żył. Cieszył się życiem: bawił
się, ganiał za dziewczynami, tańczył. I nie dawała mu spać myśl o
sławie rycerskiej. Gdzież więc była jego wiara? Była - w kościele.
Aż spotkał Boga. Usłyszał go. Pod Spoleto, gdzie - w drodze na wojnę
w Apulii - podczas snu usłyszał głos: Franciszku, komu lepiej służyć:
panu czy słudze? Franciszek odpowiedział: Panu. - Dlaczego więc dla
sługi opuszczasz pana i księcia dla poddanego? Franciszek nie namyślając
się wiele, zapytał: Co chcesz, Panie, abym czynił. - Wracaj do domu,
tam zrozumiesz więcej2. I co zrobił? Doczekał do rana i wyruszył w
powrotną drogę. Oto jak sam pogrzebał własne pragnienia. Koniec z
karierą rycerską. Dlaczego tak zrobił? Bo usłyszał głos? Owszem. Ale
to jeszcze nie to. Zrobił tak, bo uwierzył. Uwierzył, że to nie majak
senny, że to żadne złudzenie. Uwierzył, że to był głos Boga, że to
był Bóg. Zawrócił, bo uwierzył, że w Asyżu ten sam Bóg miał mu powiedzieć
więcej, że w Asyżu miał zrozumieć, czego Bóg chce od niego. Gdyby
nie wiara, Franciszek nie zawróciłby. Gdyby nie wiara, Franciszek
potraktowałby ten sen-wizję jak każdy inny sen, jak każdą inną myśl,
których tysiące nawiedzają żywy, młodzieńczy umysł.
Ten pierwszy, świadomy, konkretny i zdecydowany akt wiary Franciszka
- owoc konsekracji chrztu, dar Bożego Ducha, uwrażliwiający serce
i umysł - zaczyna go przemieniać. Franciszek wie już nie tylko, że
Bóg jest, ale że jest On żywy, że nawet mówi. Dlatego Franciszek nasłuchuje,
otwiera powoli i oczy, aby usłyszeć i zobaczyć więcej, aby zrozumieć
wszystko, co Bóg ma mu do przekazania.
I nastał błogosławiony dzień przemienienia, dzień spotkania przy studni
Jakuba. Franciszek w oczach trędowatego dostrzegł oczy Jezusa. Dostrzegł,
bo uwierzył. Bez wiary trędowaty zawsze pozostaje trędowatym i budzi
wstręt. A Franciszek pocałował goi. W tym spotkaniu Jezus mocno dotknął
go swoją miłością i przemienił jego serce. On sam wspomina ze wzruszeniem
o tym wydarzeniu w swoim Testamencie: " Mnie, bratu Franciszkowi,
Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych
wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich
i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to, co
wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała;
i potem, nie czekając długo, porzuciłem świat. Franciszek uwierzył,
że to Jezus, że to Pan dał mu łaskę przejrzenia, łaskę nawrócenia.
Uwierzył, że to był Pan. Uwierzył, że to Pan dał mu..., że to Pan
sam... Nie Franciszek, ale Pan. To nie był kaprys, młodzieńcze szaleństwo,
zwariowanie, ale działanie Boga.
Franciszek uwierzył i nie zawiódł się. Ale nie zawiódł się dlatego,
że uwierzył. Bo gdyby nie uwierzył, gdyby nie zawrócił spod Spoleto,
nie usłyszałby Jezusa mówiącego do niego z krzyża w Asyżu, w kościółku
świętego Damiana. Tu właśnie Jezus odpowiedział mu na pytanie wyrażone
wcześniej: Co chcesz, Panie, abym czynił? - Franciszku, idź, odbuduj
mój domy. Franciszkowi nie trzeba było powtarzać. Bez wahania przystąpił
do dzieła. Dlaczego? Bo uwierzył. Uwierzył, że ten sam głos, który
kilka miesięcy wcześniej usłyszał we śnie, dopowiedział mu teraz to,
czego oczekiwał.
Kiedy podczas mszy świętej usłyszał fragment Ewangelii mówiący o rozesłaniu
apostołów przez Jezusa, wiedział, że były to słowa skierowane do niego,
że był dalszy ciąg dialogu między nim a Jezusem. Dlatego odpowiedział
zdecydowanie i na te słowa. Miał już za sobą doświadczenie i życia
pustelniczego, i życia u boku mnichów w klasztorze benedyktyńskim.
Jednak dopiero co usłyszane słowa stały nowym, jasnym drogowskazem.
I nie tyle były nawet znakiem, co propozycją czy nakazem Jezusa, którego
głos znał już przecież dobrze. Zrozumiał, że ma być nie Janem Chrzcicielem
żyjącym na pustyni, nie członkiem pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej,
ale apostołem modlącym się i głoszącym Ewangelię u boku Jezusa. Zrozumiał,
bo uwierzył. To jego wiara sprawiła, że odczytał żywość słów Jezusa
skierowanych już nie do apostołów, ale do niego. Oto w kościele był
Jezus, żywy Jezus, który otworzył usta i przemówił do Franciszka.
Dlatego włożył na siebie ubogi habit - prostą szatę w kształcie krzyża,
który chroni przed mocą złych duchów, a przede wszystkim przypomina
o zwycięstwie Pana i Zbawiciela i przynosi pokój: "Nie bójcie się:
Jam zwyciężył świat" (por. J 16,33).
Franciszek uwierzył w prawdziwość tego wszystkiego, co słyszał. Wiedział,
że nie chodziło o jakieś słowa, ale o słowa samego Boga. Był otwarty
i wrażliwy na tchnienie Bożego Ducha. Wierzył. Wierzył i postępował
za głosem Boga. Im dalej szedł, tym bardziej utwierdzał się w wierze,
a ta potęgująca się w nim wiara otwierała go jeszcze bardziej i uwrażliwiała
na każdy nowy powiew Boży.
Wiara jest łaską. Szczególnie tej łaski nikomu nie szczędzi Bóg.
Trzeba jednak pokory, aby ją przyjąć. Trzeba pokory, aby umieć zrezygnować
z własnych planów, a w ten sposób uznać, że jest ktoś, kto wie lepiej,
kto po prostu wie. Franciszek uwierzył, że jego własne plany nie były
planami dla niego. Ich porzucenie nie było dla niego łatwe. Ale nie
o porzucenie tu chodziło, ale o nowy wybór, nową drogę, nowe marzenia.
Wiara czyni wszystko nowe.
Franciszek spotkał żywego Boga. Bóg Franciszka ożył. Stanął przed
nim, przemówił do niego, dotknął go. Wiara otworzyła Franciszkowi
oczy i serce. I tymi oczyma patrzył i widział żywego Jezusa, a serce
potwierdzało mu: tak, to On. I nie miał wątpliwości, bo to " serce
pałało w nim, gdy słyszał słodki głos "(por. Łk 24,32). Bóg Franciszka
ożył i nigdy już nie umarł, bo Franciszek zakochał się w Nim i oszalał,
"rozchorował się, zwariował z miłości" (por. Pnp 5,8). I nie pragnął
już niczego innego, jak tylko trwać w tym zakochaniu i szaleć, i wyśpiewywać
je całemu światu. Zakochał się, bo poznał piękno Boga, który dla niego
stał się " słodki, godny miłości, ukochany i cały pożądany ponad wszystko
na wieki". Dlatego nie chciał i nie umiał już inaczej, bo przez to
zakochanie sama Miłość zamieszkała w nim, i to Miłość Ukrzyżowana,
a " żar jej to żar ognia, płomień Pański" (Pnp 8,6). Franciszek bowiem
poznał i ból Ukrzyżowanego, i rozkosz jego ukochania już przed krzyżem
w kościółku świętego Damiana. Już tam Ukrzyżowany ze swymi ranami
zamieszkał w nim, by dopiero na Alwernii po dziewiętnastu latach wycisnąć
na jego ciele stygmaty jak pieczęć (por. Pnp 8,6) potwierdzającą miłosne
zjednoczenie.
Dar wiary czy dar poznania żywego Boga nosi się w "naczyniach glinianych,
aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas" (por. 2Kor 4,7),
dlatego trzeba dbać i o dar, i o naczynia. Franciszek zdawał sobie
sprawę z tego doskonale. Wiedział, że jest jedna, pewna droga, na
której te naczynia nie tłuką się. Poznał tę drogę znów poprzez wiarę,
bo uwierzył, że to Bóg mu ją wskazał, o czym wspomina w Testamencie:
"A gdy Pan dał mi braci, nikt mi nie wskazywał, co mam czynić, lecz
sam Najwyższy objawił mi, że powinienem żyć według Ewangelii świętej".
Sam zaś zachęcał braci: "Dlatego strzeżmy się wszyscy bardzo, abyśmy
pod urokiem jakiejś nagrody, pracy czy korzyści nie zagubili lub nie
odwrócili naszego umysłu i serca od Pana. Przez świętą miłość, którą
jest Bóg, proszę wszystkich braci, tak ministrów, jak innych, aby
usunąwszy wszystkie przeszkody i odrzuciwszy wszystkie troski i kłopoty,
czystym sercem i pobożnym umysłem jak najlepiej służyli Panu Bogu,
kochali Go, wielbili i czcili; bo tego właśnie Bóg ponad wszystko
pragnie. I przygotowujmy sobie zawsze przybytek i mieszkanie Temu,
który jest Panem Bogiem wszechmogącym, Ojcem i Synem, i Duchem Świętym".
Franciszek zrozumiał, że prawdziwe życie polega na tym, by poprzez
wiarę odkryć żywego Boga, odkryć Miłość, którą jest On sam, i odpowiedzieć
na Nią zakochaniem, i trwać w nim mocą wiary. Zrozumiał, że trzeba
dużo Bożego światła, aby widzieć jasno i w prawdzie, aby nie zagubić
się, ale wytrwać poprzez posłuszeństwo woli Boga, która prowadzi do
spełnienia. I o to się modlił przed krzyżem:
Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności
mego serca
i daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą
miłość,
jak również zrozumienie i poznanie,
abym mógł wypełniać twą świętą i nieomylną wolę. Amen.